1. Tematy rozmów – obecnie opierają się głównie na: „Wiesz, jaki czas miała Jepkosgei w półmaratonie?”, „A widziałaś tę via ferratę?” itp. itd. oraz: „Kolano mnie znowu boli.”, „Wiesz co, przegiąłem wczoraj, stopa mnie boli”. Żeby nie było, że sport to zdrowie.
2. Wydatki na jedzenie – dotychczasowe dwie kanapki i coś słodkiego do pracy zmieniło się w cztery kanapki, coś słodkiego i paczkę ciasteczek. Może i nie przytyję, ale żreć mi się chce non-stop.
A teraz do rzeczy:
Dziś był mój wielki kolarski (dumnie brzmi) powrót. W związku z tym, że zaczęłam nową pracę, a korki o godzinie 16. w Bydgoszczy są piekielnie irytujące (nie mówiąc już o emisji spalin i kasie wydanej na benzynę), postanowiłam wrócić na rower. Podobny przebłysk miałam zimą zeszłego roku i było super, ale później ze względów technicznych musiałam powrócić do auta. W każdym razie teraz jestem dość zmotywowana, bo siedzenie prawie godzinę w samochodzie po robocie jakoś do mnie nie przemawia.
Wczoraj zrobiłam sobie krótką, 10-kilometrową przebieżkę - podobny dystans będę teraz pokonywać codziennie rano i popołudniu. Było cudnie, jesienne słoneczko przyjemnie grzało, muchy wesoło rozpaćkiwały mi się na twarzy, słowem - bosko. Fakt, że przejazd nie sprawił mi wielkich trudności, dodał mi trochę otuchy, jeszcze do końca nie zgrzybiałam znaczy się.
Mój niezniszczalny, prawie pełnoletni kucyk
No i dziś rano się zaczęło. Starałam się nie myśleć o tym, jak zimno jest rano na dworze (podobno wczoraj były 4 °C?), ani o tym, jak będę musiała się zmęczyć, żeby dojechać do celu (a trzeba Ci wiedzieć, że rano trasa jest znacznie gorsza – Fordon, w którym mieszkam jest położony niżej niż reszta miasta, więc jedzie się głównie pod górę). No, ale nic. Jak sobie postanowiłam, tak zrobię – pomyślałam. Pamiętałam też, ileż cudownych endorfinek skaczących beztrosko po moim organizmie wyzwala się po takim wysiłku. Byłam gotowa na to wyzwanie.
Było chłodno, ale ubrałam się idealnie, jednak zimowe doświadczenia zrobiły swoje. Bluzka na ramiączka, a na to bawełniany long-sleeve. Do tego obowiązkowo bandanka na szyję i zatyczki do uszu zakupione w sklepie z artykułami BHP. Prawie cała trasa przebiegła pomyślnie, mięśnie zachowały ją w pamięci. Problem był taki, że nie byłam pewna ostatniego zakrętu. A ostatni zakręt był w las. Rzecz jasna, wcześniej wszystko wygooglałam, ale jednak siedzieć w szlafroku z ciepłą herbą i kapciami na nogach, a popylać z samego rańca na rowerze to dwie różne rzeczy. Ścieżki były dwie i zdecydowałam się na tę, która skręcała wcześniej w las, bo to bardziej zgadzało mi się z tym, co widziałam na mapie dnia poprzedniego. Ścieżynka była miła. Lasek malowniczy. Dopóki nie stwierdziłam, że zaraz pół roweru utonie mi w błocie, a ja zaryję twarzą prosto w muł. Zeszłam więc z roweru i prowadziłam go przez niebezpieczny teren i.. plask! Noga prawie po samą kostkę, jak w masło, zapadła się w błoto. Starałam się wyjąć ją jak najszybciej i postawić na suchym lądzie, ale próżno było go tam szukać. Kolejne kroki i znowu się zapadam. „Świetnie, ale się wystroiłam do pracy” – pomyślałam, ale to był tylko ułamek sekundy, bo musiałam walczyć o to, żeby nie zamoczyć jeszcze spodni. Oczywiście po drodze jeszcze rower postanowił się – z żalu czy tęsknoty – do mnie przytulić, więc byłam ustrojona do kwadratu z malowniczymi plamami błota na spodniach. Ale opłaciło się – po chwili ujrzałam wjazd do firmy. Nie miałam już niestety siły na ostatnią prostą pod górę, więc już tylko podprowadziłam rower pod drzwi. Kilka szybkich buchów, a później już wnoszenie roweru na korytarz. Dałam radę.
Śpiesznie postawiłam rower w korytarzu, obok pojazdu, którym poruszał się mój kolega. Mój zabłocony brudasek musiał być okropnie zawstydzony, bo rower kolegi był czysty jak łza. Czy my poruszaliśmy się w jakichś odległych czasoprzestrzeniach? Gdzie zrobiłam błąd? Spotykając owego znajomka, rzuciłam, że zazdroszczę trasy, a on mi na to, że on ma już tu wszystko obcykane. No. A ja nie mam. Dlatego o 7.50 przyjechałam do roboty obsmarowanym błotem rowerem, w obsmarowanych błotem spodniach i umoczonych mazistym mułem butach. Nie żeby moi współpracownicy się jakoś strasznie stroili do pracy, ale no wiesz – wyglądałam jak świniak, który właśnie wyszedł z chlewka. I tak jak świniak miałam z tego radochę.
Racice w błocie
Podczas pierwszej przerwy zauważyłam, że część błota na moich Najeczkach już zaschła i zaczyna odpadać. Lamentowałam nad panią Grażynką, która wczoraj sprzątała, odkurzała i myła naszą przestrzeń pracowniczą. Ale – o ja głupia – nie pomyślałam, że firma ma na wyposażeniu miotłę i szufelkę. Około 10 minut po zakończeniu przerwy w drzwiach stanął mój kierownik z szerokim uśmiechem na twarzy oraz miotłą i szufelką w rękach. – Gosia, poczuwasz się? – zapytał rozbawiony, a mi się zrobiło głupio, że sama o tym nie pomyślałam. – Oczywiście, że się poczuwam! – odpowiedziałam i szybko poszłam po sobie posprzątać. Reszta dnia w pracy minęła już w miarę normalnie, oprócz tego, że po pokoju chodziłam w samych skarpetkach, żeby dodatkowo nie brudzić – było to nawet przyjemne, wykładziny rządzą.
Powrót do domu to już była sama przyjemność – cieplusio, słoneczusio. Nawet ci kierowcy nie są tacy źli, jak mówią o nich rowerzyści. Na koniec tylko panowie z karetki Agamedu musieli mi podnieść ciśnienie. Nie mówię, że zawsze schodzę z roweru, żeby przejść przez ulicę z rowerem, ale zawsze zdejmuję tyłek z siodełka i się zatrzymuję. Kiedy wiem, że mam wolne – wsiadam na rower i ruszam. Tak było i tym razem, przed pasami panowie z karetki się zatrzymali puszczając mnie, a kiedy ruszyłam, oni ruszyli również. I wrzeszczy do mnie, że się schodzi z roweru! Na szczęście miałam zatyczki do uszu, udałam, że go nie słyszę. Ja wiem, jak bezmyślni potrafią być rowerzyści, sama jestem kierowcą i naprawdę staram się zachowywać na drodze bezpiecznie. A ten jeszcze japę na mnie drze. Prostak.
Po powrocie do domu endorfiny tańczyły w moim ciele, a ja – pierwsze, co zrobiłam, to opędzlowałam obiadek. I na obiadku z pewnością się nie skończy. Później chwila odpoczynku na Fejsbuniu i spacer z psami. Jak córka młynarza w tych brudnych butach, bo oczywiście nie pomyślałam, żeby założyć czyste. Pisząc to siedzę z kotem na kolanach w ciepłym sweterku i dumam o dzisiejszej przygodzie.
Powrót do domu to już była sama przyjemność – cieplusio, słoneczusio. Nawet ci kierowcy nie są tacy źli, jak mówią o nich rowerzyści. Na koniec tylko panowie z karetki Agamedu musieli mi podnieść ciśnienie. Nie mówię, że zawsze schodzę z roweru, żeby przejść przez ulicę z rowerem, ale zawsze zdejmuję tyłek z siodełka i się zatrzymuję. Kiedy wiem, że mam wolne – wsiadam na rower i ruszam. Tak było i tym razem, przed pasami panowie z karetki się zatrzymali puszczając mnie, a kiedy ruszyłam, oni ruszyli również. I wrzeszczy do mnie, że się schodzi z roweru! Na szczęście miałam zatyczki do uszu, udałam, że go nie słyszę. Ja wiem, jak bezmyślni potrafią być rowerzyści, sama jestem kierowcą i naprawdę staram się zachowywać na drodze bezpiecznie. A ten jeszcze japę na mnie drze. Prostak.
Prawie rok temu po pokonaniu pierwszego dystansu przy -10 °C
Po powrocie do domu endorfiny tańczyły w moim ciele, a ja – pierwsze, co zrobiłam, to opędzlowałam obiadek. I na obiadku z pewnością się nie skończy. Później chwila odpoczynku na Fejsbuniu i spacer z psami. Jak córka młynarza w tych brudnych butach, bo oczywiście nie pomyślałam, żeby założyć czyste. Pisząc to siedzę z kotem na kolanach w ciepłym sweterku i dumam o dzisiejszej przygodzie.



rower jest najważniejszy. oraz zaprzyjaźniony kot. Take care, El Gato, forever.
OdpowiedzUsuń21 yr old Research Assistant III Harlie Pullin, hailing from Victoria enjoys watching movies like Tattooed Life (Irezumi ichidai) and Video gaming. Took a trip to Laurisilva of Madeira and drives a Ferrari 250 MM Berlinetta. po wiecej kliknij tutaj
OdpowiedzUsuń